fbpx
„Tylko raz powiedz tak, a stanie się początek”. Backstage sesji w zbożu.

Fotografia jest niezwykłym narzędziem. Narzędziem, które nie tylko opowiada, ale też zbliża tak wiele różnych pod względem fizycznym jak i charakteru osób. Które, w zwykłej codzienności przeoczyłyby swoje dusze. Które z pozoru nic nie łączy i niemało dzieli. To ciekawa lekcja. Na pewno do odrobienia. Jak bardzo przez pryzmat doświadczeń i utartych schematów oddalamy się od drugiego człowieka tracąc możliwość czerpania z jego dobra.

Jest Czwartek, 15 lipca godzina 16.00. Upał, 37 stopni. Jestem umówiona na sesję zdjęciową z Joasią i Agnieszką. Żadnej nie znam osobiście. Można śmiało stwierdzić, że znamy się tylko z Facebooka. Na godzinę przed umówionym spotkaniem jestem tak podekscytowana, że nawet upał mi nie straszny. Myślę tylko o kadrach. Od jakiegoś czasu marzyłam o sesji w zbożu o zachodzie słońca. Rozumiesz. Romantyczna wizja ciepłych promieni słonecznych. Miękkie światło. Cudownie rozświetlona skóra, włosy i twarz. Łany zboża, totalny bezkres. Dookoła przyroda i my. Ale czy tak było?

Przyjeżdżam na miejsce spóźniona. 17.00 była piętnaście minut temu. Korki niemiłosierne. Nienajlepszy to pomysł przemierzać stolicę w godzinach szczytu. Na miejscu okazuje się, że dziewczyny nie skończyły jeszcze makijażu. Nie mamy kwiatów, które są niezbędne. Stylizacje prawie wybrane, a w radio zapowiadają gwałtowne burze. Już widzę oczami wyobraźni strugi deszczu, pioruny i my w tych polach na wylot przemoknięte. Biegniemy do samochodu. Ruszamy najpierw pod halę targową po gipsówkę. Z naręczem kwiatów wracamy na parking. Nawigacja informuje, że mamy przed sobą 40 minut jazdy.

Jesteśmy. Parkujemy przy osiedlu. Osiedlu? Tak! Dobrze przeczytałaś! Po prawicy mamy ciągnące się niczym bezkresne wody oceanu osiedla domów szeregowych. Po lewicy pole, pośród którego stoją trzy drewniane domki, a raczej ich szkielety. Nasze miny tzn. moja i Agnieszki mówiły wiele. Tak przynajmniej twierdziła Joasia w drodze powrotnej. Jednak jej poker face i opanowanie nie dały nam odczuć dyskomfortu jakim ją obarczyłyśmy. Z powściągliwością wzięła nasze rozczarowanie na klatę. No to w drogę. Wizja nadciągającej burzy, każe nam się spieszyć. Przemierzamy kawałek chodnika, a potem to już tylko miedzą. Na miejscu Agnieszka orientuje się, że zgubiła bluzkę, która była częścią stylizacji. Ubrań mamy sporo więc Joasia zachowuje zimną krew i zaczynamy przygotowania.

Makijaż jest sztuką. Agnieszka z ogromnym wyczuciem pomalowała Joasię. Nie przysłoniła jej delikatnych rysów twarzy. Przepięknie podkreśliła oczy (makijaż inspirowany foxy eses), a skórę musnęła magicznym pyłem. Niczym wróżka, tylko z pędzlem.

Po chwili słyszymy głos dobiegający zza kukurydzy:
– Ej, dziewczyny! To wasze? 
– Tak!

Znalazła się bluzka 🙂 

W tak zwanym międzyczasie Agnieszka uplotła przepiękny wianek. Kobieta wielu talentów.

Gdy makijaż poprawiony, fryzura i stylizacja gotowa wtedy wchodzę ja, cała na biało! No prawie…

Niebo było łaskawe. Początkowo przybrudzone szarością chmur, jak na życzenie odsłoniło odrobinę błękitu, a promienie zachodzącego słońca przedarły się na chwilę, by bajecznie pomalować nam tło.

Pomimo widma burzy, gryzących komarów i upału, ta sesja była świetnym doświadczeniem. Jednak ponad wszystko cenię nasze spotkanie. Po raz kolejny uświadomiłam sobie, że to ludzie dają nam tę niezwykłą energię, dzięki której chce się chcieć. Jeśli wyciągasz do kogoś dłoń, dajesz mu swój czas, uwagę, akceptację i szczere zainteresowanie i jeśli w tym wszystkim macie wspólny cel, to jestem przekonana, że wyjdzie z tego dobro. To była wyjątkowa lekcja. Czuję ogromną wdzięczność.